angielska babeczka

Moje wielkie marzenie spełniło się w 2003 roku. W 2018 roku, razem z tym moim 14-letnim marzeniem, oglądam seriale po angielsku. Śmiejemy się i płaczemy w tych samych momentach. Ale jak? Kiedy? Jak to się stało, że moja córka wszystko rozumie?!

No właśnie, jak? Zaraz to prześledzę od samego początku. Podaję więc przepis na moją…

angielską babeczkę ☺

 

Ambitny start

Jak na zdesperowaną mamę-nauczycielkę przystało, uczenie córki rozpoczęłam z kopyta, gdy miała 3 lata. “Będę ją uczyć sama! Najlepiej jak umiem!” – postanowiłam. Powiem szczerze, że przy pierwszym dziecku tego typu postanowienia nawet się czasem udają. Ale nie mnie. Kupiłam zestaw kursanta, zestaw nauczyciela i wszelkie możliwe pomoce – z plakatami, stempelkami i piękną pacynką włącznie…

 

Szybki koniec

Nasze “nauki” trwały około pół roku, mniej więcej 1 raz w tygodniu przez 20 minut. Czyli całe nic. Potwierdzam z całą stanowczością, że szewc bez butów chodzi. Już nigdy potem nie uczyłam własnej córki angielskiego. Nie licząc uwielbianych przez nią kiedyś zabaw w miejscach publicznych pod tytułem:
“Mamo chodź będziemy udawać, że jesteśmy z Anglii” ☺

 

Pierwszy kurs angielskiego

Po półrocznej przerwie 4-letnia Maja rozpoczęła swój pierwszy kurs języka angielskiego w naszej szkole językowej. Wtedy jeszcze w Homeschool nie mieliśmy metody Teddy Eddie (bo nie istniała) i nie uczyliśmy dzieci 2-3 letnich. Grupa Mai składała się w większości z dzieci znajomych. Zajęcia odbywały się raz w tygodniu przez półtorej godziny. Aż tyle?? – pewnie pomyślisz. Tak, wówczas prowadziliśmy je systemem angielskiego przedszkola. Choć muszę przyznać, że obecne homeschoolowe lekcje z metodą Teddy Eddie są bardziej efektywne (dlatego je wprowadziłam).

czerwiec 2009

Jedna z pierwszych grup Mai (czerwiec 2009). A Maja to ta w środku.

 

Kolejne kursy

Potem edukacja językowa Mai w naszej szkole szła różnymi torami. W niektórych latach chodziła do grupy, a w niektórych miała kursy indywidualne – zależy jak układały się nam grafiki. Zawsze jednak były to kompleksowe kursy językowe, prowadzone przez dobrych nauczycieli (sami z mężem ich przecież rekrutowaliśmy) i pod ścisłym nadzorem metodycznym. I to właśnie nadzór metodyczny ma kluczowe znaczenie w kursach. Jest, moim zdaniem, największą przewagą szkoły językowej nad korepetycjami domowymi.

 

Edukacja szkolna

Chciałam podkreślić, że nigdy nie liczyłam na angielski w szkole publicznej. Zawsze kieruję się zasadą:

Jeśli ja nie zadbam o języki obce u moich dzieci, to szkoła na pewno tego nie zrobi.

Pewnie kiedyś napiszę więcej o tym, dlaczego angielski w szkole publicznej nie ma szans dorównać pozaszkolnemu. W telegraficznym skrócie moją opinię wyrażę w ten sposób:
Nawet najlepszy nauczyciel angielskiego nie jest w stanie rozwinąć w pełni swoich skrzydeł w polskim systemie edukacji. I nieważne jak bardzo by się starał, to Finlandii w polskiej szkole w pojedynkę nie zrobi.

 

Gimnazjum językowe

Maja jest obecnie w drugiej klasie publicznego gimnazjum językowego. I ta szkoła okazała się małym wyjątkiem od powyższej reguły. Poziom językowy w gimnazjum mojej córki jest bardzo wysoki. Uczą dobrzy nauczyciele angielskiego. Stosuje się tu dość skrupulatny podział na grupy pod względem poziomu. Lekcji językowych jest dużo.
Tylko wiesz co? Założę się o pozbawienie mnie na tydzień ciasta, że nie znajdziesz tu dziecka, którego rodzice we wcześniejszych latach szkolnych (w podstawówce) polegali tylko na angielskim w szkole publicznej…
Wracamy więc do punktu wyjścia – bez dodatkowego zabezpieczenia edukacji językowej dziecka, marne szanse na sukces.

 

Co mówi angielska babeczka

Aby mój przepis na angielską babeczkę był bardziej dokładny, postanowiłam sięgnąć do źródła. Spytałam Maję, co myśli o swoim angielskim.

– Jak Ci się wydaje, co ci dało największego językowego kopa? – pytam córkę.
– Hmmm… chyba You Tube.
– Serio?! A nie nasza Homeschool?! – nie kryję rozczarowania (gdyż Homeschool to przecież też moje dziecko, pierworodne, o rok starsze niż Maja).
– To zależy, co masz konkretnie na myśli – odpowiada. – Bo gdyby nie szkoła językowa, to nie dałabym rady oglądać tych wszystkich tutoriali i filmików na You Tube po angielsku. Kursy zrobiły mi dobre podstawy, dały uporządkowaną wiedzę, no wiesz o co chodzi. I też na pewno nauczyłam się w Homeschool gadać. Bez kursów nie odważyłabym się odezwać po angielsku – zwłaszcza do dorosłych. A już na bank nie wtedy, kiedy pojechałyśmy do Anglii [Maja miała wtedy 12 lat].

 

O co chodzi z tym You Tubem?

– A wracając do You Tube. Co konkretnie z nim robiłaś? – dalej drążę temat.
– No wiesz przecież: oglądałam miliony tutoriali po angielsku. Głównie DIY. Najpierw, jak byłam młodsza, o lepieniu z modeliny figurek. Potem o zaplataniu gumeczek loom bands – najnowsze trendy, którymi można się było pochwalić w szkole, zawsze pojawiały się wcześniej na amerykańskich kanałach.
– A teraz co oglądasz?
– Śledzę vlogi, filmiki lifestylowe, o art journalingu, bullet journalingu, robieniu efektywnych, ładnych notatek. Po prostu się inspiruję.
– A co ci tak konkretnie dał You Tube językowo?
– Przede wszystkim dużo naturalnego języka. Języka ludzi w moim wieku. Ja zaczęłam nawet myśleć i gadać do siebie po angielsku. Zupełnie nieświadomie.
– Naprawdę?
– Serio. Teraz nawet nie wiem, czy oglądam coś na You Tube po polsku, czy po angielsku. Nie muszę się jakoś bardziej wysilać przy angielskich filmikach – po prostu…

…nie zwracam uwagi na język.

I do takiego stanu właśnie powinniśmy dążyć u naszych dzieci. Stanu, kiedy język obcy przestaje być obcy, a zaczyna być naturalny.

 

Nauka angielskiego to nie fizyka kwantowa

Na przykładzie mojej córki chciałam udowodnić Ci, że angielski to nie fizyka kwantowa. Osiągnięcie wysokiego poziomu językowego przez Twoje dziecko wcale nie jest kwestią jakiegoś wymyślnego systemu kształcenia. Wystarczy, że odpowiednio wcześnie zaczniesz i poświęcisz trochę czasu na znalezienie dobrej szkoły językowej. Wystarczy, że zewnętrzną edukację językową dziecko wzmocni np. You Tubem czy Netflixem. Pamiętaj: szewc bez butów chodzi, a więc zdecydowanie nie musisz, tak jak ja, mieć własnej szkoły językowej, żeby…

… „upiec angielską babeczkę” 😉

(Jeśli chcesz sprawdzić moją szkołę językową, to oczywiście zapraszam do Homeschool w Białymstoku)

 


*Jeśli nie chcesz przegapić żadnego wpisu na blogu – śledź profil Homeschool na Facebooku z opcją „wyświetlaj najpierw”.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *